Mlask. Kuchnia japońska dla początkujących

„Mlask. Kuchnia japońska dla początkujących” — Japonia na naszym stole i… w szkolnym plecaku!

OK, przyznaję: mam słabość do książek kucharskich i niestety moja uginająca się półka najwyraźniej uważa, że pora już poszukać innego hobby (mam ich ponad 100, nie żartuję!). Kolekcjonuję je, przeglądam dla przyjemności, a później z jeszcze większą przyjemnością przenoszę zaznaczone przepisy do kuchni. Tym razem szukałam jednak czegoś z konkretną misją: chciałam zaprosić dzieciaki do japońskiego stołu. Bez uroczystego ale nudnego ględzenia o jedzeniu i bez podejrzliwego zerkania na talerz. Najlepiej, jeśli uda się zrobić coś w kuchni razem! „Mlask. Kuchnia japońska dla początkujących” Jakuba Wróblewskiego przyciągnęło mnie obietnicą ciekawego startu, kolorowymi zestawami i pudełkami, które aż proszą się o miejsce w szkolnym plecaku. Jak oceniam tę viralową już książkę kucharską?

Książki kucharskie lubię najbardziej wtedy, gdy czegoś mnie uczą

Uwielbiam gotować, ale przy nowej kuchni doceniam autora, który spokojnie wyjaśnia, od czego zacząć. Lubię gawędy i opowieści, lubię wiedzieć, że ktoś, kto wydaje taką publikację jest autentyczny i zna się na rzeczy. W „Mlask” najpierw poznajemy autora i jego pasję, potem składniki, wyposażenie i podstawowe potrawy, a dopiero później przechodzimy do kolejnych dań. Taki porządek bardzo mi odpowiada: zanim zabiorę się za japoński obiad, chcę wiedzieć, po co sięgam do szafki i jak wykorzystam zawartość kupionej butelki.

Dobrym przykładem jest część poświęcona ryżowi. Autor omawia jego odmiany, podaje proporcje wody i prowadzi przez kolejne etapy przygotowania. Uwzględnia zarówno garnek, jak i ryżowar. Przy dashi przedstawia natomiast różne rodzaje bulionu, w tym wersje bez składników odzwierzęcych. No cudo po prostu! Dla początkującej osoby to mega ułatwienie. Obco brzmiące nazwy nabierają sensu, a kuchnia japońska staje się bliższa codziennemu gotowaniu.

Japonia ma znacznie więcej smaków niż sushi

Przyznam, że już spis treści skutecznie podsyca apetyt. Nie otwierajcie tej książki “na głodniaka”. Znajdziemy tu między innymi sando z pastą jajeczną, onigiri z różnymi nadzieniami, kurczaka karaage, dania z makaronem, omurice oraz okonomiyaki ze szparagami. Są również desery… i to jakie! Wśród nich serca mojej latorośli zdobyły puszyste japońskie pankejki, którym sama poświęciłam wyjątkowo długie spojrzenie, gdy tylko otworzyłam książkę.

Z perspektywy mamy podoba mi się możliwość rozpoczęcia od znajomych składników. Jajko, ryż, kurczak czy placuszek mogą stać się zaproszeniem do nowych przypraw i połączeń. Nie muszę od razu proponować dzieciom całego talerza nieznanych produktów. Mogę wybrać jeden przepis, pokazać zdjęcie i zapytać: „To od czego zaczynamy?”.

Doceniam też obecność propozycji mięsnych, rybnych i z tofu. Dzięki temu mam z czego wybierać, kiedy planuję rodzinne próby i szukam potraw odpowiadających różnym upodobaniom.

Kilka miseczek, dużo możliwości

Szczególnie zainteresował mnie rozdział o ichijū-sansai, czyli koncepcji posiłku obejmującego jedną zupę i trzy dania, podawane z ryżem oraz piklami. W książce pojawiają się gotowe zestawy, więc można zobaczyć, jak poszczególne elementy pasują do siebie na stole.

Jeden z nich łączy chrupiące krewetki z miso mayo, szparagi z sosem sezamowym, tofu z sosem sojowym i imbirem, ryż, zupę miso oraz pikle z rzodkiewki. Kolory, faktury, małe porcje — oglądam tę rozkładówkę i od razu mam ochotę wystawić z szafki wszystkie miseczki! <3 To świetna opcja dla gości. Wszystko wygląda pięknie i zachęca do celebrowania wspólnego czasu.

Właśnie w takim sposobie podania widzę też oczywiście pomysł na rodzinne poznawanie smaków. Można nałożyć odrobinę, porównać dodatki, wrócić do ulubionego kąska. Dzieciaki dostają przestrzeń do własnych wyborów, a wspólny posiłek może zamienić się w małą degustację, a co za tym idzie – w niezłą zabawę! 

Bento, czyli lunch z efektem „wooow, pokaż, co masz!”

Najwięcej planów wiążę jednak z bento. “Mlask. Kuchnia japońska dla początkujących” poświęca mu osobną część o sztuce pakowania posiłków, a później pokazuje konkretny zestaw z takikomi gohan, mięsem soboro i iri tamago. W pudełku spotykają się ryż z dodatkami, mielone mięso, jajko, warzywa i owoce.

Jako osoba, która prowadzi dom i codziennie myśli o kolejnych posiłkach, lubię inspiracje mające zastosowanie również poza obiadowym stołem. Takie pudełko mogę potraktować jako punkt wyjścia do szkolnego lunchu, dopasowanego do apetytu i gustu dziecka.

Zielone warzywa, żółte jajko, kolorowe dodatki i starannie ułożone porcje wyglądają apetycznie. Wyobrażam sobie otwarcie śniadaniówki podczas przerwy i pierwsze zaciekawione spojrzenia kolegów. Taki lunch ma potencjał na mały szkolny prestiż – to ciekawsze niż kolejna szkolna kanapka.

Najbardziej podoba mi się jednak perspektywa wspólnych przygotowań. Dzieci mogą wybrać dodatki, zdecydować o ich układzie i nadać swojemu pudełku własny charakter. Chętnie zapraszam je do tej części kuchennej pracy. I wiecie co? Są zachwycone!

 

Kolory zachęcają, szczegóły pomagają gotować

Wizualnie książka też trafiła w moje serce. Jest niezwykła. Pełna barw, kolorów, piękna oprawa graficzna, wyśmienite zdjęcia. Duże fotografie, barwne tła i wyraźne nagłówki sprawiają, że kolejne strony oglądam z przyjemnością. Zdjęcia zestawów pokazują również sposób podania, więc łatwiej wyobrazić sobie gotowy posiłek.

Przy przepisach znajdują się informacje o liczbie porcji i przewidywanym czasie. To szczegół, który doceni każda osoba próbująca pogodzić kulinarne ambicje z domowym kalendarzem. Zdarzają się też fajne porady Diego. Warto z nich korzystać!

Początkujący nie oznacza przecież ekspresowy. Przy pokazanym bento autor podaje godzinę, a przy codziennej wersji ryżu około półtorej godziny, obejmującej kolejne etapy pracy. Pełny zestaw kilku dań chętniej zaplanuję na spokojniejszy weekend niż pomiędzy powrotem ze szkoły a zajęciami dodatkowymi.

Co uwzględnić przed pierwszym gotowaniem?

Na początek trzeba przyjrzeć się zakupom. Dashi, mirin, pasta miso czy furikake mogą wymagać wizyty w sklepie z azjatycką żywnością. Przed wyborem przepisu sprawdziłabym więc całą listę składników oraz potrzebne akcesoria. Przy pankejkach autor opisuje choćby zastosowanie metalowych ringów i podpowiada sposób pracy bez nich.

Istnieją książki kucharskie, w których twórcy popisują się znajomością niesamowitych dań, a zamieszczone  w nich przepisy skomponowane są z trudno dostępnych składników, które w dodatku wcale nie muszą być smaczne…Ale są też takie, które stają się kultowe i w zasadzie są stale w użyciu: stają się kopalnią inspiracji i świetnej zabawy. Właśnie taki jest “Mlask”. Podoba mi się przystępny kierunek tej książki, oraz to, że gotując z nią mogę zachować rozsądne tempo: jeden przepis, kilka poznanych produktów, później następne danie. I to jest świetne, bo dzięki temu nie musicie kompletować całej japońskiej spiżarni w jedno popołudnie, żeby przygotować potrawę. I wiecie, co jeszcze jest świetne? Że książka zawiera nie tylko wyszukane wielodaniowe obiady, ale też szybkie posiłki i desery, które można przygotować w jedną chwilę. Mój syn pokochał onigiri z pieczonym łososiem oraz wspomniane pankejki, I w dodatku sam umie je zrobić!