Recenzja książki Baranie oko. Reportaż z Kirgistanu Emilii Sułek

Lubicie reportaże? Wakacje to czas, gdy budzi się w nas podróżnik, który chce poznawać egzotyczne miejsca. Czasami trudno jest zobaczyć je na własne oczy. Wtedy warto sięgnąć po reportaże, w których ktoś obiektywnie patrząc, opisuje nam świat. Baranie oko. Reportaż z Kirgistanu Emilii Sułek to książka, która zaczyna się mocnym, niemal brutalnie prostym zdaniem, a potem – tego jestem pewna – wprawi Was w osłupienie.

Kirgistan bez pocztówki

Niewątpliwą zaletą reportażu Sułek jest to, że autorka nie prezentuje nam Kirgistanu ani jako egzotycznej atrakcji, ani jako zacofanego „problemu” do moralnego osądzenia z europejskiej perspektywy. Owszem, są tu jurty, góry, tytułowe baranie oko, konie, przełęcze, epos Manasa i pamięć koczownictwa. Ale te elementy nie służą dekoracji. Są raczej materiałem, z którego zbudowane jest napięcie między wyobrażeniem o wolności a rzeczywistością społeczną, ekonomiczną i polityczną.

Sułek interesuje Kirgistan jako kraj wewnętrznie sprzeczny. Z jednej strony powraca mit wolności zapisanej w nomadycznej przeszłości. Z drugiej — widzimy społeczeństwo przywiązane do ziemi przez radziecką modernizację, przez biedę, przez rodzinne obowiązki, przez lokalne hierarchie i przez instytucje państwa, które raz są zbyt słabe, a innym razem zbyt silne. Na okładkowym opisie pojawia się pytanie, czy przejście na osiadły tryb życia jest równoznaczne z „kulturową amnezją”. To właściwie jedno z głównych pytań tej książki: co zostaje z nomadyzmu, kiedy ludzie już nie wędrują, ale nadal chcą myśleć o sobie jako o wolnych?

Autorka ma do tego dobre przygotowanie: jest reporterką i doktorką antropologii, zajmuje się Europą Wschodnią oraz Azją Środkową, a jej doświadczenie badawcze wyraźnie widać w sposobie prowadzenia rozmów i patrzenia na obyczaj. Ujęło mnie to, że reportażystka często zaczyna od drobnej sceny, gestu, dialogu, czyjejś miny, czegoś pozornie drobnego. Dopiero później okazuje się, że ten szczegół otwiera całą strukturę społeczną. To mozaika rzeczy drobnych, ale prawdziwych, która tworzy obraz współczesnego Kirgistanu.

„Każde małżeństwo zaczyna się od łez” 

Pierwszy rozdział książki , Randka po kirgisku, jest jednym z najbardziej zapadających mi w pamięć fragmentów. Otwiera go zdanie:

„Każde małżeństwo zaczyna się od łez”.

To mówi sprzedawczyni pomidorów, której mąż porwał ją trzydzieści lat wcześniej. Ten cytat działa jak uderzenie, bo jest jednocześnie osobisty i od razu brutalnie obnaża działanie systemu w tym kraju: natychmiast pokazuje, że przemoc jest tu oswojona przez język, tradycję, żart, wstyd albo konieczność.

Sułek opisuje zjawisko ała kaczuu, czyli porwań kobiet w celach matrymonialnych. Już samo dosłowne znaczenie kirgiskiego określenia — „bierz dziewczynę i leć” — jest przerażająco zwyczajne. Brzmi jak komenda, jak skrót działania, jak coś powtarzalnego, niemal technicznego. Zszokował mnie fragment, w którym pojawia się informacja, że według szacunków organizacji walczących z przemocą wobec kobiet „co piąta panna młoda trafia na ślubny kobierzec z porwania”, choć porwania są nielegalne.

Autorka nie zatrzymuje się na prostym oburzeniu. Nie pisze reportażu w stylu: „oto barbarzyński zwyczaj, który trzeba potępić”. Potępienie przemocy jest oczywiste, ale Sułek idzie dalej. Pyta, dlaczego ta przemoc jest społecznie możliwa. Kto ją usprawiedliwia? Kto ją romantyzuje? Kto na niej korzysta? Kto milczy? Dlaczego rodziny czasem naciskają na dziewczynę, żeby została z porywaczem? Jak działa wstyd? Jak działa lęk przed „zhańbieniem”? Jak ekonomia miesza się z patriarchatem?

W rozmowach pojawia się „tradycja”, bieda, presja męskiej dorosłości, rodzinna kalkulacja, medialna romantyzacja, niewydolność policji i obawa kobiet przed społecznym ostracyzmem. Autorka pokazuje, że przemoc najgroźniejsza jest wtedy, gdy nie wygląda już jak wyjątek, tylko jak część obyczajowej normy.

Kobiety silne, czyli kobiety obciążone

Jednym z najważniejszych tematów książki Baranie oko. Reportaż z Kirgistanu jest kobiecość w społeczeństwie, które potrafi czcić wielkie kobiece figury, a jednocześnie wymagać od zwykłych kobiet cichego znoszenia krzywdy. Ten dualizm pojawia się wielokrotnie: przy opowieściach o porwaniach, przy wspomnieniach matek i sióstr, przy rozmowach o małżeństwie, przy historii Rozy Otunbajewej, przy figurze Kurmandżan Datki, przy dziewczynach grających w hokeja.

To bardzo mocny element reportażu: Sułek pokazuje, że słowo „silna” bywa w patriarchalnym świecie podwójną pułapką. Z jednej strony brzmi jak komplement. Z drugiej — oznacza oczekiwanie, że kobieta wytrzyma więcej, zniesie więcej, przemilczy więcej, utrzyma dom, dzieci, relacje, honor rodziny i konsekwencje decyzji podjętych przez innych.

Wolność, która nie mieści się w instytucjach

Drugi wielki temat książki to wolność. Autorka jednak nie traktuje jej jak hasła politycznego. Bardziej interesuje ją wolność jako temperament społeczny, jako pamięć o nomadyzmie, jako gotowość do buntu, ale też jako nieufność wobec instytucji.

Kirgistan jawi się jako kraj politycznie żywy, niespokojny, rewolucyjny, ale jednocześnie zmęczony własną niestabilnością. 

Bardzo dobrze oddaje to krótki cytat:

„Sądy? Przypuszczam, że nikt nie wie o ich istnieniu”.

Sułek pokazuje więc Kirgistan jako kraj, który wymyka się zachodnim kategoriom. Nie jest po prostu „demokratyczny” albo „autorytarny”, „nowoczesny” albo „tradycyjny”. Jest miejscem, w którym ludzie mają silne poczucie własnej godności, ale nie zawsze mają narzędzia, by tę godność ochronić.

Baranie oko: tytuł jako gest bliskości, nie egzotyczny rekwizyt

Czy wiecie, że w kulturze kirgiskiej mięso, a szczególnie głowa barana lub owcy, ma znaczenie rytualne i honorowe? Przy ważnym posiłku poszczególne części zwierzęcia mogą być rozdzielane według wieku, pozycji, roli gościa albo stopnia szacunku. Głowa owcy bywa podawana najbardziej honorowemu gościowi, a oczy także należą do części obdarzonych symbolicznym znaczeniem. Gdy Bakyt dał autorce do zjedzenia baranie oko, byłam zszokowana. Tak, dobrze czytacie. Najpierw je przygotował, usunął gorzką część a następnie podał jej kawałek.

Ona poczuła się uhonorowana w niezwykły sposób.  Mówi:

„No to cyk, siostro”.

I dalej:

„Teraz będziemy baczyć na siebie”.

Tytuł jest więc doskonałym podsumowaniem całej publikacji. Baranie oko oznacza patrzenie, ale też bycie oglądaną. Autorka patrzy na Kirgistan, ale… Kirgistan patrzy również na nią. Ten odwrócony wzrok jest ważny: dzięki niemu reportaż nie zamienia się w jednostronny opis „tamtych”. To książka, w której bardzo często odbija się także Europa, Polska, Zachód, nasze kryteria i uproszczenia.

Fasola, hokej, kopalnie — wielka historia zapisana w małych rzeczach

Sułek ma znakomite wyczucie materialności. Wielka historia nie pojawia się u niej wyłącznie w datach, nazwiskach prezydentów i opisach rewolucji, natomiast tkwi w uprawie fasoli, w pustych budynkach po ZSRR, w transporcie, w bazarze, w szkolnym sporcie, w zamkniętych kopalniach, w religijnych wspólnotach, w drogach, których nie ma albo które trudno pokonać.

Rozdział Bóg dał nam fasolę jest pod tym względem bardzo wymowny. Sam tytuł brzmi jak modlitwa ekonomiczna. Fasola nie jest tylko rośliną. Jest sposobem na przetrwanie po rozpadzie dawnego porządku. Jest lokalną odpowiedzią na wielką transformację. Tam, gdzie skończył się świat radzieckich struktur, trzeba było znaleźć coś, co utrzyma wieś, rodzinę, codzienność. Fasola staje się więc czymś więcej niż produktem — staje się rytmem życia.

Podobnie działa rozdział o hokeju na kartoflisku. Dziewczyny grające w hokeja mogłyby zostać łatwo przedstawione jako symbol emancypacji: oto sport, oto dziewczęca drużyna, oto nowoczesność. Sułek jest ostrożniejsza. Widzi w tym i ambicję, i radość, i lokalną dumę, ale też ograniczenia, biedę, prowizoryczność, rodzinne oczekiwania. Hokej nie jest tu plakatem o postępie. Jest konkretną praktyką, w której dziewczyny mogą przez chwilę inaczej użyć ciała, czasu i przestrzeni.

Jeszcze inaczej pracują fragmenty o Sülüktü, Otradnoje, kopalniach, uranie, hokeju, haszyszu czy miejscach zapomnianych przez centrum. Sułek zagląda do opustoszałych ośrodków wydobycia uranu, na wysokie przełęcze, do Sülüktü, gdzie prawosławny ksiądz odbudowuje cerkiew, a jej reportaż przypomina, że państwo i historia zostawiają ślady nie tylko w pamięci, ale też w ziemi, wodzie, architekturze i ciele

Przemawia do mnie to, iż nie jest reportaż lekki, linearny i prowadzony przez jednego bohatera. Mnogość miejsc, nazwisk, głosów i tematów sprawia, że książka jest pełną barw mozaiką: każdy rozdział jest osobnym kawałkiem, a całość układa się w obraz dopiero po zobaczeniu każdego z nich.

Niektóre fragmenty są też emocjonalnie ciężkie. Szczególnie rozdział o porwaniach kobiet . Autorka pokazuje przemoc bez epatowania, ale właśnie dlatego jest ona trudna do odłożenia. Nie ma tu sensacyjności, jest natomiast świadomość, że dramaty rozgrywają się wśród codziennych rozmów, rodzinnych kalkulacji i społecznych przyzwyczajeń.

Dla mnie Baranie oko jest po prostu książką o kosztach przetrwania. O tym, ile trzeba przemilczeć, znieść, przepracować, obejść i wymyślić od nowa, żeby żyć w miejscu, które ciągle jest po czymś: po imperium, po ZSRR, po rewolucji, po transformacji, po migracji, po biedzie, po przemocy, po utraconym trybie życia.