Są książki, które czyta się z przyjemnością i te, które czyta się z szybciej bijącym sercem, bo człowiek od pierwszych stron czuje, że za chwilę wydarzy się coś ważnego — nie w fabule, ale w nim samym. Dla mnie „W cieniu starych cyprysów” Mary Carollo należy właśnie do tego rodzaju literatury. To powieść tak piękna w stylu i zarazem tak porywająca, że żyje się nią jeszcze długo po przeczytaniu. Zapraszam na recenzję!
Gdzie przeniesie Was książka?
Poznajemy Caterinę — dziewczynkę dorastającą w ubogiej górskiej wiosce na północy Włoch. Jej dzieciństwo nie ma w sobie nic z bajki. To świat ciężkiej pracy, niedostatku, surowych relacji, wojny i codzienności, która hartuje i bynajmniej nie rozpieszcza. W bohaterce już od początku czuć w coś szczególnego: lekki bunt wobec świata i niezgodę na taki los. Zdolna i ambitna Caterina przeczuwa, że świat, który jej przypadł, nie musi być jedynym możliwym światem. W cieniu starych cyprysów to opowieść o kobiecie, która całe życie idzie pod wiatr. Kiedy Mario, jej najbliższy towarzysz dzieciństwa, wyjeżdża do Mediolanu po lepszą przyszłość, w Caterinie rodzi się bunt przeciwko temu, co wydaje się z góry przesądzone. Zaczyna wierzyć, że ona także może chcieć więcej — uczyć się, pracować, wyjść poza ciasny porządek świata, który został jej narzucony. Losy Cateriny rozciągają się od czasów po Wielkiej Wojnie aż po lata 90., a sama powieść liczy 640 stron dojrzałej, mięsistej prozy. Fabuła jest doskonale zakorzeniona w miejscu i czasie, a historia bardzo intymna, niezwykle kobieca i poruszająco prawdziwa.
Dzieciństwo bez lukru i miłość, która determinuje całe życie
Jednym z najpiękniejszych elementów tej książki jest dla mnie dziecięca perspektywa. Już samo otwarcie powieści jest znakomite. Wojna jest dla małej Cateriny czymś oczywistym — „jak Bóg, koza, dni słoneczne i deszczowe”. To jedno zdanie mówi więcej niż niejeden rozbudowany opis historyczny. Pokazuje świat widziany oczami dziecka, które nie zna realiów bez wojny, więc nie potrafi jeszcze uznać jej za coś nieludzkiego, co nie powinno mieć miejsca.
Poruszające są też wszystkie drobne sceny z dzieciństwa: liście wawrzynu wkładane do nosa, wyobrażenia o świecie schowanym pod mgłą, fascynacja motylami, rozmowy z dziadkiem o Wenecji, i o morzu, którego nikt nigdy nie widział. To są właśnie te momenty, w których autorka pokazuje swój ogromny talent pisarski udowadniając, że za błahą rozmową może kryć się tak wiele… ale o tym sami musicie się przekonać.
Relacja Cateriny i Maria jest jedną z najmocniejszych warstw tej powieści, ale nie myślcie, że dostajecie tu klasyczny, mdły romans! Nie, to nie jest historia o spełnionej miłości, tylko o uczuciu, które z czasem przestaje być zwykłym, a staje się czymś zgoła niebezpiecznym: punktem odniesienia, obsesją, symbolem utraconego życia.
Mario bardzo szybko przestaje być tylko chłopcem z dzieciństwa. W oczach Cateriny zaczyna uosabiać wszystko to, czego sama pragnie: edukację, awans, miasto, wolność, inny los. Ich relacja wykracza dalece poza miłość do konkretnego człowieka. Chodzi też o przywiązanie do pewnej wizji życia, która z biegiem lat zamiast wyzwalać, coraz bardziej więzi główną bohaterkę w jej własnym wyobrażeniu. Myślę, że jest to bardzo ludzkie: ile kobiet nosi w sobie takiego „Mario”? Niekoniecznie konkretnego mężczyznę, ale wyobrażenie życia, które miało nadejść i nie nadeszło. Marzenie, które było motorem, a potem stało się ciężarem.
A jednak najpiękniejsze jest to, że Mara Carollo przez cały czas nie traci z oczu jednostki. Nie zmienia bohaterki w nośnik „epoki”, lecz tego pokazuje, jak wielka historia osiada w drobiazgach: w śmierci zwierzęcia, w oczekiwaniu na kroki na żwirze, w pęknięciu domowego porządku, w zmianie spojrzenia matki, w ciele, które coraz szybciej dorasta. To literatura bardzo świadoma historycznie, ale zarazem głęboko intymna.
Najbardziej poruszyło mnie to, że ta bohaterka nie jest „łatwa”
Bardzo cenię w literaturze kobiece postaci, które nie zostały stworzone po to, żeby je natychmiast pokochać. Taką bohaterką była m.in. Lisbeth Salander, czy Holly Stephena Kinga. Do ich grona dołącza Caterina: nie jest papierową „silną kobietą”, zbudowaną z kilku sztampowych cech. To bohaterka pełna sprzeczności. Uparta, dumna, czasem trudna, często tak bardzo zaślepiona własnym pragnieniem… Niekiedy budziła we mnie czułość, a chwilami wręcz bezsilność. Ale ani przez moment nie wydawała mi się sztuczna.
To właśnie jedna z największych zalet tej książki: Mara Carollo nie idealizuje swojej bohaterki. Pozwala jej być człowiekiem z krwi i kości. Dzięki temu śledzimy nie tylko historię kobiety dzielnej, ale też skomplikowanej, uwikłanej w uczucia, wspomnienia, ambicje, a przede wszystkim w społeczne ograniczenia i własne wybory. Ta powieść jest więc o kimś, kto chciał żyć pełniej, ale musiał toczyć walkę nie tylko ze światem, lecz także z samą sobą.
To nie jest zwykła saga lecz życie rozpisane na zapachy, dźwięki i drobne gesty
Jestem przekonana, że największa siła tej książki tkwi nie tylko w fabule, ale w samej prozie. To jest naprawdę kawał ogromnie dobrej literatury. Prozy gęstej, soczystej, zmysłowej, a przy tym bardzo precyzyjnej. Carollo nie opisuje świata z dystansu — ona go stwarza z całym pietyzmem i wirtuozerią. Jeśli cenicie dobre książki obyczajowe, to moim zdaniem proza Mary Carollo jest pozycja obowiązkowa! Może zachęci was fakt, że autorka jest finalistką nagrody Premio Letterario Citt di San Salvo.
Zachwyci Was to, jak bardzo wszystko jest namacalne. Wilgoć na dachówkach. Skrzeczenie wron. Kamienne fasady domów. Przegniłe liście. Słoma, która skrzypi w sienniku. Chłód mgły. Pot dziadków pachnących trawą. Mleko, siano, mokra bielizna, szorstka wełna swetra drażniąca skórę. Ten świat, który ma fakturę, temperaturę, ciężar. Każda opisana scena mogłaby stać się pięknym obrazem włoskiej prowincji: prawdziwej, surowej. Biednej. Przesiąkniętej pracą, deszczem, zapachem zwierząt, błotem i zmęczeniem.
To jest po prostu, świetnie napisana książka. Mięsista, soczysta, gęsta od szczegółu. Północne Włochy nie są tu pocztówką, tylko przestrzenią dla ciężkiej pracy, głodu, rodzinnych napięć, społecznych różnic, ale też zapachów, kolorów, rytmu pór roku i drobnych codziennych czynności. Bardzo łatwo byłoby napisać o „W cieniu starych cyprysów”, że to piękna saga rodzinna, opowieść o dojrzewaniu, o miłości i wojnie. To wszystko prawda. Ale to wciąż byłoby za mało. Dla mnie to przede wszystkim powieść o tym, że życie rzadko układa się według naszych najgłębszych pragnień. I że nawet wtedy, gdy walczymy z całych sił, nie zawsze wygrywamy w taki sposób, w jaki sobie wyobrażałyśmy. Ta książka zostawiła mnie z bardzo osobistym pytaniem: czy nasze marzenia naprawdę nas ratują, czy może także nas zniewalają?
Czy polecam?
Z całego serca. Ale nie jako „ładną książkę na święta”. Polecam ją jako prawdziwe literackie przeżycie. Jako powieść dla tych, którzy lubią prozę gęstą, malarską, zmysłową. Idealna książka dla tych, którzy szukają nie tylko niezłej fabuły, lecz także języka, rytmu, świata, który można niemal dotknąć. Dla mnie to jedna z tych powieści, które przypominają, po co w ogóle czytam. Żeby na kilka wieczorów wyjść z własnego życia i wrócić do niego odrobinę bardziej uważna. Odrobinę czulsza. Odrobinę mniej skłonna do oceniania cudzych wyborów.
„W cieniu starych cyprysów” to książka, która poruszyła mnie nie dlatego, że opowiada o wielkich rzeczach, ale dlatego, że potrafi wielkość odnaleźć w zwykłym życiu jednej kobiety. W jej dzieciństwie, w jej upartości, w jej błędach, w jej tęsknocie, w jej wyobrażeniach, w jej niespełnieniu.
Jeśli tej wiosny miałabym polecić jedną powieść, która naprawdę obudzi serce i umysł z zimowego marazmu, to byłaby właśnie ta! W te święta chcecie odpocząć i szukacie dobrej lektury na Wielkanoc? Czytajcie “W cieniu starych cyprysów” Mary Carollo i dajcie się oczarować!
Cześć! Jestem Kamila i z wykształcenia jestem lekarzem pediatrą i mamą trzech małych szkrabów – Antosia, Kaliny i Tomka. Jestem redaktorką naczelną Planetadziecka.pl, gdzie dzielimy się z wami naszymi doświadczeniem z wychowania dzieci i nie tylko!




